Egipt 2018
Skomplikowany kalendarz m.in. pierwszej ligi brydżowej zmusza nas do dorocznego wyjazdu w ciepłe kraje dopiero w listopadzie. Ale, aby było naprawdę ciepło, jedziemy na południe Egiptu - do Marsa Alam. Lokalizacja bajeczna: w zatoczce, tuż przy rafie koralowej. Zaopatrzony w wodoszczelny aparat robię zdjęcia kolorowych rybek, a raz udało mi się nawet upolować żółwia! Bajki, że w Egipcie jest niebezpiecznie, rozwiewają (zero zagrożenia) wycieczki.
Do Assuanu – rzut beretem. Z marszu jedziemy zwiedzać tamę asuańską.. Niestety budowle hydrotechniczne mają negatywny wpływ nie tylko na ekologię. Zagrożonych zostało kilka świątyń m,in Abu Simbel.
Zaliczamy świątynię Izydy. Potem podróż feluką po Nilu do wioski nubujskiej. Można potrzymać w objęciach krokodyla i przejechać się na wielbłądach. Wreszcie wizyta w szkole i nauka arabskiego- każdy dostał szansę napisania swego imienia robaczkami.
No i wreszcie Abu Simbel - najpiękniejsza ze świątyń poświęcona Ramzesowi II i Nefertari. Pobudką o 2 rano i jazda w konwoju 300 km na południe pod granicę z Sudanem, ale warto. Spiętrzenia wód Nilu spowodowało konieczność przeniesienia świątyni. Setki tysięcy m3 skały pocięto na wielotonowe bloki i przeniesiono 65m wyżej. Świątynia została złożona od nowa, miejsc cięć nie widać - wypełniono je fugami z mułu nilowego. Pierwotne usytuowanie świątyni sprawiało, że w dniu równonocy słońce wchodziło do świątyni i oświetlało 4 figury umieszczone w końcu korytarza.
Ponieważ Abu Simbel leży w strefie podzwrotnikowej, przekraczamy Zwrotnik Raka: jadąc na południe widzimy wschód słońca, natomiast przy powrocie na zwrotniku widać fatamorganę- to powietrze jest już tak gorące, że tworzy iluzje wody. Po takich przeżyciach świątynię Kom Ombo traktujemy jak odpoczynek.
Na wejściu wita nas żołnierz, - to porucznik Komombo - powiadamiam resztę grupy. Wracając, zwiedzamy jeszcze świątynię Edfu, z charakterystyczną ścianą wejściową. Działał intensywnie w tym rejonie Horus, bo i ta świątynia (obok KomOmbo) jest jemu dedykowana.
Resztę czasu spędzamy na leniuchowaniu, kąpielach w podgrzewanym basenie z barem, na stołkach w wodzie. Są wspaniałe animacje dla dorosłych i dla dzieci, czyli tak po trosze dla nas. Czas szubko mija, myślimy już o następnej wycieczce
Maghreb, czyli miejsce gdzie zachodzi słońce - to jedna z pierwszych definicji, która wryła mi się w pamięć podczas wieloletniego pobytu w północnej Afryce. Pozostała fascynacja architekturą, kulturą i historią, nostalgia za przepięknymi krajobrazami, ciepłem morza Śródziemnego. Wszystkie kraje północnej Afryki, której dominującą częścią (zachodnią) jest właśnie Maghreb są z pozoru podobne, a jednak różne. Wyruszymy w podróż po tej fascynującej krainie.
niedziela, 23 czerwca 2019
poniedziałek, 27 listopada 2017
lanza
Wyspa słynie z upraw winorośli, Lanzarotańskie wina (szczególnie białe) są słynne na całym świecie. Ale jak tu uprawiać cokolwiek przy częstych wiatrach i notorycznym braku wody. „Campecinos” poradzili sobie z tym świetnie. Każda roślinka ma osobny „dołek” otoczony z 3 stron niskim kamiennym murkiem (bez zaprawy) chroniącym przed wiatrem, a wodę zapewnia prosty system nawadniania.
Sami już robimy wycieczki po wyspie. Wjeżdżamy na najwyższe punkty wyspy z wulkanem Corona, i cudownym widokiem na wysepkę Graciosa. Zjeżdżamy do wioski przylepionej do morza – Punta Mujeres.
Domy dotykające do Oceanu są często zalewane. Na jednym z nich zobaczyliśmy zadziwiające rękodzieło – podwyższenie komina o metr. Okazało się, że w czasie sztormów woda tak szaleje, że wlewała im się przez komin. W zatoce surferów podziwiamy dwumetrowe fale. Kąpieli nie ryzykowaliśmy. Za to kąpiemy się chętnie na naszej plaży w Puerto del Carmen. Sangria, i sjesta. To już trzecia nasz pobyt w tym regione, i nie ostatni.
Sami już robimy wycieczki po wyspie. Wjeżdżamy na najwyższe punkty wyspy z wulkanem Corona, i cudownym widokiem na wysepkę Graciosa. Zjeżdżamy do wioski przylepionej do morza – Punta Mujeres.
Domy dotykające do Oceanu są często zalewane. Na jednym z nich zobaczyliśmy zadziwiające rękodzieło – podwyższenie komina o metr. Okazało się, że w czasie sztormów woda tak szaleje, że wlewała im się przez komin. W zatoce surferów podziwiamy dwumetrowe fale. Kąpieli nie ryzykowaliśmy. Za to kąpiemy się chętnie na naszej plaży w Puerto del Carmen. Sangria, i sjesta. To już trzecia nasz pobyt w tym regione, i nie ostatni.
piątek, 24 listopada 2017
Lanzarote
Po Teneryfie i Gomerze przyszedł czas na Fuertę, z wizytą na Lanzarote. Wizytą zbyt krótką, by te wrażenia zapamiętać i przetrawić. Ale kto nam broni pojechać tam jeszcze raz?!
Ponad 5 godzin lotu to dużo, tym bardziej, że w samolocie nie idzie spać. Próbuję słuchać muzyki, ale to dużo nie pomaga. Wychodzimy wreszcie z samolotu i …. zderzam się z murem gorąca odbierającym oddech. To afrykańskie sirocco na gościnnych występach. Potrwa niecałe 2 dni i wszystko wróci do normy.
Nasz hotel – jak wszystko tutaj – biały o niskiej zabudowie. Widać rękę Cazarego Manrique. Genialny architekt, polityk i działacz, doprowadził na wyspie do porządku architektonicznego. Nie ma wieżowców, dużych centrów handlowych, a przede wszystkim reklam, szpecących krajobraz. Domki są parterowe lub jednopiętrowe, pomalowane na biało. Co krok widać też jego prace, jak np. pomniki „żywe” (na wiatr) czy statyczne jak „pomnik wieśniaka”.
Główną atrakcja Lanzarote są wulkany, niektóre wygasłe, inne nie do końca. W parku Narodowym Timanfaya stoimy na, aktywnym jeszcze wewnątrz, wulkanie. Gdy obsługa wlewa w dziurę wiadro wody, do góry tryska gejzer! „Góry Ognia”, czyli Timanfaya nie po to jest na liście UNESCO rezerwatu biosfery, by teraz dawać się zadeptać. Wjazd na „drogę wulkanów” tylko autokarami w zorganizowanych grupach.
Wjeżdżamy na samą górę, skąd rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na kratery wulkanów. Morze lawy tworzy niesamowity krajobraz. Niedowiarki mówią, że sceny (ponoć na żywo) ze zdobycia księżyca, były nadawane stąd!! W autokarze, z głośników słyszymy ciekawe komentarze na tle wspaniale dobranej muzyki (Requiem Mozarta), potęgującej wrażenie.
A propos muzyki – w grotach „Jameos del Agua” Manrique stworzył amfiteatr. Akustyka wstrząsająca, słyszysz, że muzyka dosłownie wlewa się i wypełnia całą przestrzeń. Kiedyś Tomasz Stańko, po tysięcznych zabiegach dyplomatycznych, dostał zgodę na jedną godzinę, na nagranie zjawiskowej płyty w Taj Mahal w jaskiniach Karla Caves w Indiach. Tutaj ma bliżej, może nagra inną płytę.
W drodze powrotnej przystanek w kawiarence na wyśmienitą kawę z rumem. Jedna z pań nic nie zamawia, informując z wyższością, że nie będzie płacić za kawę (1 Euro), bo ma przecież „All excuse me”. Druga nie chce być gorsza i zamawia: Kava, proszę. Mieliśmy uciechę, gdy kelner przyniósł szampana. Mina pani – bezcenna.
Przez lata głównym przedmiotem polowania ( z tchórzofretkami) były króliki. Stąd tubylcy nazywani są „Conejeros” (conejo- królik). Radzę nie pomylić z „cojoneros”.
Ponad 5 godzin lotu to dużo, tym bardziej, że w samolocie nie idzie spać. Próbuję słuchać muzyki, ale to dużo nie pomaga. Wychodzimy wreszcie z samolotu i …. zderzam się z murem gorąca odbierającym oddech. To afrykańskie sirocco na gościnnych występach. Potrwa niecałe 2 dni i wszystko wróci do normy.
Nasz hotel – jak wszystko tutaj – biały o niskiej zabudowie. Widać rękę Cazarego Manrique. Genialny architekt, polityk i działacz, doprowadził na wyspie do porządku architektonicznego. Nie ma wieżowców, dużych centrów handlowych, a przede wszystkim reklam, szpecących krajobraz. Domki są parterowe lub jednopiętrowe, pomalowane na biało. Co krok widać też jego prace, jak np. pomniki „żywe” (na wiatr) czy statyczne jak „pomnik wieśniaka”.
Główną atrakcja Lanzarote są wulkany, niektóre wygasłe, inne nie do końca. W parku Narodowym Timanfaya stoimy na, aktywnym jeszcze wewnątrz, wulkanie. Gdy obsługa wlewa w dziurę wiadro wody, do góry tryska gejzer! „Góry Ognia”, czyli Timanfaya nie po to jest na liście UNESCO rezerwatu biosfery, by teraz dawać się zadeptać. Wjazd na „drogę wulkanów” tylko autokarami w zorganizowanych grupach.
Wjeżdżamy na samą górę, skąd rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na kratery wulkanów. Morze lawy tworzy niesamowity krajobraz. Niedowiarki mówią, że sceny (ponoć na żywo) ze zdobycia księżyca, były nadawane stąd!! W autokarze, z głośników słyszymy ciekawe komentarze na tle wspaniale dobranej muzyki (Requiem Mozarta), potęgującej wrażenie.
A propos muzyki – w grotach „Jameos del Agua” Manrique stworzył amfiteatr. Akustyka wstrząsająca, słyszysz, że muzyka dosłownie wlewa się i wypełnia całą przestrzeń. Kiedyś Tomasz Stańko, po tysięcznych zabiegach dyplomatycznych, dostał zgodę na jedną godzinę, na nagranie zjawiskowej płyty w Taj Mahal w jaskiniach Karla Caves w Indiach. Tutaj ma bliżej, może nagra inną płytę.
W drodze powrotnej przystanek w kawiarence na wyśmienitą kawę z rumem. Jedna z pań nic nie zamawia, informując z wyższością, że nie będzie płacić za kawę (1 Euro), bo ma przecież „All excuse me”. Druga nie chce być gorsza i zamawia: Kava, proszę. Mieliśmy uciechę, gdy kelner przyniósł szampana. Mina pani – bezcenna.
Przez lata głównym przedmiotem polowania ( z tchórzofretkami) były króliki. Stąd tubylcy nazywani są „Conejeros” (conejo- królik). Radzę nie pomylić z „cojoneros”.
piątek, 16 grudnia 2016
nie znasz zwyczajów Masajów
Dziś Masajowie urządzili sobie mecz futbolowy. Zasady takie jak u nas, tyle że za bramkę o szerokości 1m służyły 2 dzidy wbite w piasek. Notabene tutaj, jak wojownik wraca do domu i widzi dzidę wbita przed domem, znaczy ktoś używa sobie z jego żoną. Nie wolno mu wchodzić i musi po czekać aż skończą i gość wyjdzie¬¬¬. Ale wracając do meczu: bramkarza w zasadzie nie ma, bronić można tylko nogami stojąc obok bramki. I tak broniąc, obronić można nawet karnego.
W porze odpływu widać jak kwitnie hodowla alg. Sadzą je w płytkiej wodzie, potem zbierają i suszą. Algi służą ponoć jako lekarstwa, dodatki do kosmetyków etc.
Kusi pobliska wyspa Prison Island. Z dawnego więzienia pozostały jeno dobrze zachowane ruiny. Ale nie to jest atrakcją. Żyją tam olbrzymie żółwie, znane z filmów o Galapagos. Najstarszy ma 192 lata i trzyma się dzielnie. Tablice ostrzegawcze mówią, że nie wolno żółwi karmić oraz ich dosiadać!
Ostatnia wieczerza- jutro wyjeżdżamy. Żegnając się, kelnerka dodaje dobrze wyuczone zdanie;
„dobra dobra zupa z bobra”
środa, 14 grudnia 2016
w naszym barze Zanzibarze
Błogi spokój się skończy, zjechały hordy rodaków. Krzykliwi, nadużywający alkoholu. Większość z nich to matołki, nie znający najprostszych zwrotów po angielsku (sorry, kobitki, ale dotyczy to zwłaszcza płci pięknej). Słychać np. (wcale się z tym nie kryją) jak to Ziutek się wczoraj nachlał ha ha ha.
Zanzibar kojarzy się głównie chyba z przyprawami i targami niewolników. Odwiedziliśmy miejscowa stolicę - Stone Town, z obowiązkową wizytą na targu niewolników i w muzeum niewolnictwa. Targi arabskie (suki) kojarzą się głównie z nachalstwem i ciasnotą. Ale tutejszy przerasta wszystkie. Suk w Marakeszu to luksusowy supersam, a te w Trypolisie czy Algierze nie maja szans. Wydostawszy się, po półgodzinnej męczarni, walimy do pałacu ostatniego sułtana, gdzie jest muzeum. Jest co oglądać. Gdy moja żonka ogląda misternie wykonane meble etc, ja zachwycam się pięknym, czarnym, stylowym Austinem, który służył sułtanowi do końca (czyli do 1964).
Z plantacji przypraw zapamiętałem niewiele. Widziałem jak wygląda kawa na drzewach i najbardziej śmierdzące owoce świata (choć w smaku nienajgorsze). Kobitki rzucały co chwila obco brzmiącymi nazwami, z których z rzadka rozpoznawałem swojskie brzmienie takie jak np. wanilia, czy cynamon. Potem poczęstowali nas różnymi owocami, których nazw nie pamiętam i nie było gdzie umyć rąk. Jeden z nich wlazł na stumetrowa palmę i baliśmy że spadnie i się zabije, ale udało mu się zleźć. Dostał brawa.
Mieszkańcy Zanzibaru są niesłychanie pogodni i umieją się cieszyć. Raz przy kolacji trafiliśmy na show. Kelnerka wniosła tort, za nią reszta kelnerów okrążyła salę tańcząc i śpiewając „Jambo”. Dotarli wreszcie do delikwenta – miał urodziny – i cała sala odśpiewała mu Happy Birthday.
Zanzibar kojarzy się głównie chyba z przyprawami i targami niewolników. Odwiedziliśmy miejscowa stolicę - Stone Town, z obowiązkową wizytą na targu niewolników i w muzeum niewolnictwa. Targi arabskie (suki) kojarzą się głównie z nachalstwem i ciasnotą. Ale tutejszy przerasta wszystkie. Suk w Marakeszu to luksusowy supersam, a te w Trypolisie czy Algierze nie maja szans. Wydostawszy się, po półgodzinnej męczarni, walimy do pałacu ostatniego sułtana, gdzie jest muzeum. Jest co oglądać. Gdy moja żonka ogląda misternie wykonane meble etc, ja zachwycam się pięknym, czarnym, stylowym Austinem, który służył sułtanowi do końca (czyli do 1964).
Z plantacji przypraw zapamiętałem niewiele. Widziałem jak wygląda kawa na drzewach i najbardziej śmierdzące owoce świata (choć w smaku nienajgorsze). Kobitki rzucały co chwila obco brzmiącymi nazwami, z których z rzadka rozpoznawałem swojskie brzmienie takie jak np. wanilia, czy cynamon. Potem poczęstowali nas różnymi owocami, których nazw nie pamiętam i nie było gdzie umyć rąk. Jeden z nich wlazł na stumetrowa palmę i baliśmy że spadnie i się zabije, ale udało mu się zleźć. Dostał brawa.
Mieszkańcy Zanzibaru są niesłychanie pogodni i umieją się cieszyć. Raz przy kolacji trafiliśmy na show. Kelnerka wniosła tort, za nią reszta kelnerów okrążyła salę tańcząc i śpiewając „Jambo”. Dotarli wreszcie do delikwenta – miał urodziny – i cała sala odśpiewała mu Happy Birthday.
poniedziałek, 12 grudnia 2016
nie tylko plaże na Zanzibarze
Witają nas od progu wdzięcznym „Jambo”. Jet - odpowiadam machinalnie, ale okazuje się że to tutaj popularne przywitanie. Słychać je wszędzie, obok, królującego niepodzielnie ”hakuna matata”. No i, aby się nie zmęczyć, robi się tu wszystko wolno, czyli „pole pole”. Sama lokalizacja bajeczna – wioska leży na samym brzegu oceanu, w tropikalnym ogrodzie. Bryza od oceanu sprawia, że temperatury praktycznie nie czuć, a wieczorem nawet ożywczy chłodek.
Ale nie tracąc czasu idziemy nad ocean. Kąpiel w Oceanie Indyjskim (temperatura wody 35°C) – m.in.. po to lecieliśmy taki kawał drogi. Wieczorem zasuwamy na kolację. Kuchnia daleka od europejskiej (choć dla tradycjonalistów też są „normalne” dania), ale wspaniała. Mnie najbardziej smakowały ośmiornice.
Po kolacji idziemy na występ zespołu muzycznego. Grają wspaniale, a ich wykonanie „Walk of life” Dire Straitsów, czy „Teddy Bear” Elvisa porwało publikę. Ale prawdziwym hitem okazał się „Jumbo”. Hitem, jak się później okazało, królującym niepodzielnie w zanzibarskim życiu.
Nie tylko słuchaliśmy różnych zespołów muzycznych, ale i oglądaliśmy występki np. Masajów. Tańce Masajów polegają głównie na podskakiwaniu i rytmicznych skłonach przy nieskomplikowanym pokładzie „muzycznym”.
Zwizytowaliśmy też miejscową szkołę, trafiliśmy akurat na egzaminy. Obeznany z miejscowymi obyczajami, nie zdziwiłem się, widząc że połowa uczniów śpi! Nauczyciele też jakby niespecjalnie się tym przejmują, nie ma obowiązku szkolnego i uczy się ten kto chce i może. Ale należy przyznać, że uczą się szybko, zwłaszcza języków. Sporo z nich zna angielski.
Ale nie tracąc czasu idziemy nad ocean. Kąpiel w Oceanie Indyjskim (temperatura wody 35°C) – m.in.. po to lecieliśmy taki kawał drogi. Wieczorem zasuwamy na kolację. Kuchnia daleka od europejskiej (choć dla tradycjonalistów też są „normalne” dania), ale wspaniała. Mnie najbardziej smakowały ośmiornice.
Po kolacji idziemy na występ zespołu muzycznego. Grają wspaniale, a ich wykonanie „Walk of life” Dire Straitsów, czy „Teddy Bear” Elvisa porwało publikę. Ale prawdziwym hitem okazał się „Jumbo”. Hitem, jak się później okazało, królującym niepodzielnie w zanzibarskim życiu.
Nie tylko słuchaliśmy różnych zespołów muzycznych, ale i oglądaliśmy występki np. Masajów. Tańce Masajów polegają głównie na podskakiwaniu i rytmicznych skłonach przy nieskomplikowanym pokładzie „muzycznym”.
Zwizytowaliśmy też miejscową szkołę, trafiliśmy akurat na egzaminy. Obeznany z miejscowymi obyczajami, nie zdziwiłem się, widząc że połowa uczniów śpi! Nauczyciele też jakby niespecjalnie się tym przejmują, nie ma obowiązku szkolnego i uczy się ten kto chce i może. Ale należy przyznać, że uczą się szybko, zwłaszcza języków. Sporo z nich zna angielski.
środa, 7 grudnia 2016
Zanzibar, czyli „ze sztambucha leniucha”
Na emeryturze podróże małe i duże. Raczej średnie. Dotarliśmy do strefy podzwrotnikowej, a od dalszych podróży odstrasza długi i męczący lot samolotem. Już te 6 godzin na Kanary to sporo. Ale 11 godzin by obejrzeć Machu Picchu, czy Galapagos? Ale są przecie airbusy i inne takie. Luz, komfort, 8 godzin lotu to mniej niż 6 normalnym samolotem. Więc może by tak myknąć się dalej i postawić nogę na półkuli południowej? Rzut oka na globus wskazuje na Zanzibar. Opowieści sławią wspaniałe turkusowe wody Oceanu Indyjskiego i cudowne piaszczyste plaże. Można zetknąć się z legendarnymi Masajami. Jednym słowem odlecieć w inny świat.
No a język? Angielski to żadne wyzwanie. Zawsze staram się poznać choćby podstawy języka lokalnego. Na szczęście okazuje się, że suahili ma sporo wspólnego z arabskim, który trochę znam. Oddycham z ulgą, ale i tak się dokształcam.
Wszystko to było straszliwie odległe, tak odległościowo, jak i czasowo- rezerwacji dokonałem wszak już 10 mies. temu. Myślałem że dzień wylotu nigdy nie nadejdzie. Ale jednak! Wreszcie wsiadamy do Airbusa 330, inny komfort, ilość miejsca, wyciszenie, itd.
Podróż przebiegła bez przeszkód, i już we chwilę po wylądowaniu mogliśmy podziwiać okazały hangar, lub stodołę, czyli terminal lotniczy. Bagaże, przenoszono ręcznie, część zmokła na (ku uldze pasażerów) deszczu, i przeszliśmy do poczekalni.
Tam ok. 200 osób kłębiło się na kilku metrach kwadratowych, zgadując, które druki potrzebne są do wizy. Często bywa w kasach awaria terminala i przyjmują wtedy tylko gotówkę. Tu – ciekawostka - odwrotnie. Zablokowała im się chyba kasa gotówkowa i przyjmowali płatności tylko kartami. Słabo miały te chytrusy co nie wzięli karty, myśląc, że to jakiś tam trzeci świat!! Przeczekawszy ścianę wody, wyszliśmy z „dworca lotniczego”. Teraz lokalny kierowca, jadąc lewą stroną, dowiózł nas do hotelu, który nieoczekiwanie okazał się być wioską murzyńską. Z wszelkimi udogodnieniami cywilizacji, ale wioską, nie hotelem 5*.
poniedziałek, 30 listopada 2015
Lanzarote
Niesamowita jest sąsiednia wyspa Lanzarote- najmłodsza z archipelagu Kanarów. 18 i 19-wieczne erupcje wulkanów stworzyły księżycowy krajobraz. Jak doda się do tego prace Cezarego Manrique (taki tutejszy Gaudi), obecne na całej wyspie – wszystko to tworzy fantastyczną atrakcję turystyczną.
Jameos del Agua jest największym terenem prac, ozdobieniem naturalnego tunelu po lawie, urządzonego przez Manrique w swoim niepowtarzalnym stylu. I dla samego obejrzenia „Montańas del Fuego” warto jechać kawał drogi.
W „wulkanicznym” parku naturalnym Timanfaya, ciągłe atrakcje. O tym, że jesteśmy akurat na czynnym wulkanie, przekonujemy się organoleptycznie. Na wejściu dostajemy garść, żwirku zebranego z pobliskiej dziury. Wyrzucamy szybko, bo parzy w ręce (cwaniaczki z obsługi mają, rzecz prosta, rękawice). Potem wrzucają do dziury chrust - za chwile bucha płomień. Wlewają przez rurę wiadro wody i pod niebo sika gejzer.
Obie wyspy były kiedyś połączone, dziś dzieli je ok. 15 km. Po pół godzince jesteśmy znowu na Fuercie.
2 tygodnie minęły jak jeden dzień. Myślimy już o rychłym powrocie tutaj.
niedziela, 29 listopada 2015
fuerta cz 3
Na Fuercie jest zakaz wydzielania plaż hotelowych, wszystkie są ogólnodostępne, w zarządzie miasta czy gminy. Wypożyczyć można leżaki i parasole za 13 Euro dziennie. Wycwaniliśmy się jednak (nie tylko my) i pobliskim sklepiku zakupiliśmy parasol plażowy za 8 euro. Pozostawimy go tu wyjeżdżając, może sprzątaczka odda innemu gościowi za 5 Euro?
Kiedyś na wycieczce w Jordanii był w naszej grupie facet nie znający (jego żona też) ani słowa w żadnym obcym języku. Do obsługi hotelowej zwracał się: kolega! I walił niezrażony po polsku. Tutaj też mamy takiego poliglotę, który swym nieuctwem językowym wręcz się szczyci. Na dodatek opowiada że wyjeżdża (tak jak i tu) tylko żeby się nachlać, obojętne mu gdzie. Czasy ponoć się zmieniają, ale typy ludzkie pozostają niezmienione od lat.
Różne są też spojrzenia np. na religię. Otóż podczas zwiedzania Betancurii- dawnej stolicy Fuerteventury obowiązkowym punktem programu jest kościół. Tam widzimy m,in kontrowersyjną scenę obrzezania Chrystusa!
Wyspa liczy raptem 100 tys mieszkańców, jednak więcej jest tutaj kóz. Nie bez kozery, bo kozie sery właśnie z Fuerty są znane na całym świecie. Warto zatem odwiedzić tradycyjną kozią farmę.
Również wyspa znana jest ogólnie z wytwórni aloesu. Deszcz pada ponoć zaledwie 2 tygodnie w roku i zdarzyło się to właśnie tuż przed naszym przyjazdem. Rezultat był taki że podczas zwiedzania wyspy widzimy niespotykaną ilość zieleni! A widoki jakie oferuje Fuerteventura i bez tego są imponujące.
Kiedyś na wycieczce w Jordanii był w naszej grupie facet nie znający (jego żona też) ani słowa w żadnym obcym języku. Do obsługi hotelowej zwracał się: kolega! I walił niezrażony po polsku. Tutaj też mamy takiego poliglotę, który swym nieuctwem językowym wręcz się szczyci. Na dodatek opowiada że wyjeżdża (tak jak i tu) tylko żeby się nachlać, obojętne mu gdzie. Czasy ponoć się zmieniają, ale typy ludzkie pozostają niezmienione od lat.
Różne są też spojrzenia np. na religię. Otóż podczas zwiedzania Betancurii- dawnej stolicy Fuerteventury obowiązkowym punktem programu jest kościół. Tam widzimy m,in kontrowersyjną scenę obrzezania Chrystusa!
Wyspa liczy raptem 100 tys mieszkańców, jednak więcej jest tutaj kóz. Nie bez kozery, bo kozie sery właśnie z Fuerty są znane na całym świecie. Warto zatem odwiedzić tradycyjną kozią farmę.
Również wyspa znana jest ogólnie z wytwórni aloesu. Deszcz pada ponoć zaledwie 2 tygodnie w roku i zdarzyło się to właśnie tuż przed naszym przyjazdem. Rezultat był taki że podczas zwiedzania wyspy widzimy niespotykaną ilość zieleni! A widoki jakie oferuje Fuerteventura i bez tego są imponujące.
piątek, 27 listopada 2015
fuerta- (re)animacje
Program dnia, póki co, mamy nieskomplikowany. Rano, po śniadaniu, idziemy na plażę nad ocean (Atlantyk). Wracamy na lunch. Obowiązkowo pół godzinki dla słoninki i po południu nad basent (nie poprawiać!). Jakieś atrakcje sportowe w rodzaju pingaponga czy dartsów, kąpiel, potem sangria czy mojito i wieczorem na kolację. Wszystko nieprzyzwoicie smaczne, więc ćwiczę silną wolę by się nie przeżerać. Po kolacji znów do baru, różne występki, animacje.
Najfajniejsze te dla dzieci, gdzie odnajdujemy swoje ulubione kawałki: veo veo, que vez? oraz „ciu ciuła”.
Niestety hotel opanowany jest przez Niemców. Wkoło tylko ten język, animacje też głównie po niemiecku. Nas na początku też brali za Niemców, ale szybko się połapali, tym bardziej, że używam tu tylko hiszpańskiego.
Ciekawe są animacje dla dorosłych. W pierwszym tygodniu pobytu, zdecydowaną przewagę mieli Niemcy. Liczebną. np. w bule (boule) 15:1. Gram tak, jak nauczyłem się od Francuzów, rzutów z rotacją wsteczną. Kilka zagrań mi wychodzi i pod koniec już 4 Niemców rzuca w ten sam sposób co ja.
W ping pongu - stół kiepski a rakietki jeszcze gorsze, zwykłe deski z PDT. Wziąłem co prawda swój profesjonalny sprzęt, ale nie chcę nim grać, gdy inni grają „dechami”. Wygrywam i tak, aż tu zjawia się niemiaszek i rozpakowuje swojego „Tibhara”. Wkurzyłem się, poszedłem do domu po mojego Donica z gumami Butterfly. Niemiec, jak to zobaczył, narobił w portki ze strachu, toteż zadanie miałem ułatwione. Polonia mi kibicowała, jakby była to bitwa pod Grunwaldem. Taki był też i rezultat, nie będzie Niemiec pluł nam w twarz!
A w drugim tygodniu pobytu proporcje się wyrównały i było z grubsza 50/50.
Najfajniejsze te dla dzieci, gdzie odnajdujemy swoje ulubione kawałki: veo veo, que vez? oraz „ciu ciuła”.
Niestety hotel opanowany jest przez Niemców. Wkoło tylko ten język, animacje też głównie po niemiecku. Nas na początku też brali za Niemców, ale szybko się połapali, tym bardziej, że używam tu tylko hiszpańskiego.
Ciekawe są animacje dla dorosłych. W pierwszym tygodniu pobytu, zdecydowaną przewagę mieli Niemcy. Liczebną. np. w bule (boule) 15:1. Gram tak, jak nauczyłem się od Francuzów, rzutów z rotacją wsteczną. Kilka zagrań mi wychodzi i pod koniec już 4 Niemców rzuca w ten sam sposób co ja.
W ping pongu - stół kiepski a rakietki jeszcze gorsze, zwykłe deski z PDT. Wziąłem co prawda swój profesjonalny sprzęt, ale nie chcę nim grać, gdy inni grają „dechami”. Wygrywam i tak, aż tu zjawia się niemiaszek i rozpakowuje swojego „Tibhara”. Wkurzyłem się, poszedłem do domu po mojego Donica z gumami Butterfly. Niemiec, jak to zobaczył, narobił w portki ze strachu, toteż zadanie miałem ułatwione. Polonia mi kibicowała, jakby była to bitwa pod Grunwaldem. Taki był też i rezultat, nie będzie Niemiec pluł nam w twarz!
A w drugim tygodniu pobytu proporcje się wyrównały i było z grubsza 50/50.
środa, 25 listopada 2015
Fuerteventura
Ze względu na trwający cały październik Konkurs Chopinowski, wyszło na to, że na wakacje w tym roku możemy pojechać dopiero w listopadzie. Trzeba tylko wybrać ciepłą okolicę. Rzut oka na mapy pogody wystarczył by odkryć niedaleko biegun ciepła. Jest nim zatoka Aqaba nad Morzem Czerwonym. Zarezerwowałem hotel w Tabie, ale ze względu na zagrożenia terrorystyczne moje biuro odwołało wyjazd! Co robić? Dżerba też odpada, pozostały Wyspy Kanaryjskie a konkretnie Fuerteventura. Zagrożenie mniejsze co nie oznacza mniejszej czujności. Sama nazwa wyspy- Fuerte Ventura sugeruje silne wiatry, z drugiej strony nazwa miejscowości Costa Calma- spokojne wybrzeże. Widok oceanu z naszego okna to potwierdza.
A propos: nazwa Kanary nie pochodzi od kanarków ale od słowa canis- pies. Wyspy owe przez wieki były siedliskiem dzikich psów. Psów już nie ma, nazwa pozostała.
Ponad 5 godzin lotu to dużo. Kładziemy się spać okropnie zmęczeni, ale następny ranek rekompensuje wszystko. Widok z domku na ocean, czyściutka i spokojna woda. Świadom jestem swych doświadczeń z Teneryfy, gdzie to prądy były tak silne, że nie dało się wejść do wody. A gdy już się wlazło, to ciężko było wyjść. Chyba że na czworakach. Na dodatek ciemny wulkaniczny piasek sprawiał, że po plażowaniu człek wyglądał jak brudny. Tutaj- odwrotnie, kąpiel jak w Morzu Śródziemnym. Ocean cieplutki, żadnych prądów utrudniających kąpiel, jasny afrykański piaseczek. Fuerteventura leży najbliżej Afryki ze wszystkich wysp Kanaryjskich i tu zatrzymuje się nawiewany (niecałe 100 km) saharyjski piasek.
niedziela, 9 listopada 2014
tunezja- leniuchowanie
Odzyskujemy siły leniuchując na basenie. Hotel Laico- trudna nazwa do zapamiętania. Odwróćmy pierwszą literę. Co mamy? Jajco. I taka nazwa jest prostsza. Idziemy na naszą plażę. Woda w tej części Morza Śródziemnego cieplejsza niż w basenie- tak na oko 27 stopni. Żyć nie umierać. Zielona noc. Przygotowane występki miejscowej kapeli, tancerek i – clo programu- taniec brzucha. Tancerka tańczy zrazu sama, potem szuka jeleni wśród publiki. Na początek wybrała
sobie mnie!! Wyszedłem z nią zatem i wszyscy faceci mi zazdrościli.
sobie mnie!! Wyszedłem z nią zatem i wszyscy faceci mi zazdrościli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























