Wstaliśmy, zgodnie z planem o 6:30, boć to przed nami Bułgaria. Jeszcze tylko, nie obejrzany onegdaj, słynny monastyr Cozia, z oryginalnymi freskami bizantyjskimi. Położenie przy samej drodze ściąga nie tyko wiernych lecz i turystów. Niewielki kościół otoczony jest ukwieconymi jednopiętrowymi budynkami towarzyszącymi. Zrobiono delikatną renowację acz w dyskretny sposób.
Ale trza ruszać, bo przed nami długa droga.

Mimo dobrej jakości szosy, wioski i miasteczka spowalniały i dopiero od Pitesti pomknęliśmy autostradą. Przed samą granicą nieco poplątaliśmy się, przeoczyliśmy drogowskazy (może ich nie było) i wskazówki nawigacji (Garmin zwany pieszczotliwie Gargamelem) i w końcu wjechaliśmy na granicę która wyglądała jak stare magazyny socjalistyczne, z dojazdami zastawionymi starymi skrzynkami.

Pojawiły się jakieś samochody- no to my (pod prąd) za nimi. Okazało się jednak że musimy wrócić do tych „magazynów”. Jeszcze tylko urocza Rumunka w budce przy bramce skasowała nas ( z niewiadomych przyczyn) na 6 euro i ruszamy!.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz