W oparach absurdu
Pracowałem w nadzorze budowlanym przy realizacji Master Planu Trypolitanii w szczupłej ośmioosobowej grupce Polaków. Do naszych obowiązków formalnych należał nadzór nad budową sieci kanalizacji Trypolisu, do nieformalnych- takie prowadzenie robót, by klient nie czepiał się i płacił. Spełniać należało ich życzenia, tłumaczyć ale tak by się nie obrazili, broń boże kłócić się- klient wszak ma zawsze rację lecz do prawidłowej racji musi sam dojść. Klientem był urząd miasta (Baladija) i nominowani do sprawdzania nas inspektorzy. Nasi ulubieńcy: Nurdin, Mustafa,czy Mohamed do lotnych się nie zaliczali, i trzeba było ich dyplomatycznie zachęcać, by prawidłową odpowiedź znaleźli sami. Przykładów nie trzeba było długo szukać.Przykład 1: test ciśnieniowy niedużych rurociągów z rur azbestowo-cementowych polegał na „napompowaniu” powietrzem odcinka rurociągu do wartości 30cm słupa wody i sprawdzeniu ew. spadku ciśnienia na U-rurce postawionej nad wykopem. Zarządziłem taki test i poszedłem do biura wypełnić protokół, aby po pół godzinie sprawdzić ciśnienie w rurociągu. A tu przylatuje do mnie podekscytowany Mustafa i krzyczy że wykrył oszustwo i grozi nieomal rozstrzelaniem (a przynajmniej chłostą). Ale o so chozi?- próbuję się dowiedzieć. O to chozi- on na to- że podczas tego testu na linii 173, manometr (ta U-rurka do pomiaru ciśnienia) jest na poziomie nawierzchni, nie dna wykopu. A ja przecież wiem i ty też (delikatny sposób podlizania się, bym był po jego stronie), że ciśnienie zależy od wysokości!!! Wyżej jest ciśnienie mniejsze, czyli test jest oszukany. No i co? zamurowało mnie ale nie na długo. Komuś kto jest w pierwszej klasie nie można tłumaczyć różnic pomiędzy powietrzem a wodą, podstaw fizyki ze szkoły, ani tym bardziej programu Politechniki. No, no- mówię, czyli mówisz że ciśnienie powietrza zależy od wysokości? Z zapałem potwierdził. No to musisz uważać- ja na to z poważną miną- jak będziesz podjeżdżał napompować koła w samochodzie aby wentyle wszystkich kół były na tej samej wysokości. Ciśnienie w kołach to poważna rzecz, można spowodować wypadek. Troszkę go przystopowało i z mówi: no nie, ciśnienie będzie takie same, czyli- tu intensywna praca myślowa- pomiar ciśnienia powietrza nie zależy od punktu gdzie się je mierzy, tak? Potwierdziłem, i poczułem że strategia sprowadzenia do absurdu działa.
Maghreb, czyli miejsce gdzie zachodzi słońce - to jedna z pierwszych definicji, która wryła mi się w pamięć podczas wieloletniego pobytu w północnej Afryce. Pozostała fascynacja architekturą, kulturą i historią, nostalgia za przepięknymi krajobrazami, ciepłem morza Śródziemnego. Wszystkie kraje północnej Afryki, której dominującą częścią (zachodnią) jest właśnie Maghreb są z pozoru podobne, a jednak różne. Wyruszymy w podróż po tej fascynującej krainie.
niedziela, 9 października 2011
czwartek, 6 października 2011
Opowieść okołobrydżowa
Opowieść okołobrydżowa
Gram zawodniczo w brydża (patrz profil) wiec jadąc mnie do Algierii, wiedziałem że tam już jest cała (!) para z mojej drużyny ( pierwszoligowy Hutnik Warszawa) Jurek Cz. -na wschodzie, w Konstantynie i Michał I.- na zachodzie w Oranie (obaj zgodnie zresztą niezadługo wyjechali do Kanady). Ja z Tlemcen do Oranu miałem raptem 150 km toteż był to główny cel moich wycieczek, tym bardziej że doborowa stawkę brydżystów zasilili dwaj czołowi gracze krakowscy: Hubert J- AZS Kraków.(też Oran) i Zbyszek F.- Wisła Kraków, który z Sidi-Bel-Abbes do Oranu miał raptem ok 100km. Grało się przesympatycznie, a Zbyszek, który zjawiał się zawsze swoim wspaniałym (choć nieco poobijanym) citroenem Cx dodatkowo okraszał brydża barwnymi opowieściami. Byłem w ubiegły weekend w Tlemcen,- zagaił kiedyś- piękne miasto tylko droga marna
Którą drogą jechałeś?- zaciekawiłem się- stara droga rzeczywiście wąska a nowa jeszcze nie gotowa
Ach, to dlatego te bezsensowne ograniczenia prędkości i zakazy- jakby coś zrozumiał- ale to nic, dało się jechać, tyle że fliki mnie złapały
No i co?
Nic, coś tam przekroczyłem a przecież jechałem jak zwykle
Znaczy 170?- wtrącił Michał- tyle przecież jeździsz
No jasne- obruszył się- jeżdżę tyle ile fabryka dała
Ale tam są ograniczenia do 30!!- uświadomiłem go
No właśnie, to dlatego flik powiedział ze przekroczyłem o 140 km/godz i nie wiedział jaką mi dać karę bo to wykraczało poza taryfikator. Zaproponowałem mu żeby mnie puścił bo za takie przekroczenie kara nie jest przewidziana
No i co utargowałeś?
Do tego stopnia zgłupiał że mnie puścił!!No to przeszedłeś do historii- Michał na to-. I posmutniał nagle
Ja to mam pecha, dodał po chwili, wiecie gdzie jest rondo Władysława?
Wiedzieliśmy
Otóż niejaki Władysław Sz wsławił się tym ze przejechał to rondo na wprost. I został uhonorowany.
To dlaczego masz pecha? - zaciekawiliśmy się?
W zeszły wtorek tez przejechałem na wprost rondo, to przy stadionie 5 lipca, i nikt mnie nie nazwał ronda moim nazwiskiem, czy chociażby imieniem, za to zapłaciłem mandat 200 dinarów!
Gram zawodniczo w brydża (patrz profil) wiec jadąc mnie do Algierii, wiedziałem że tam już jest cała (!) para z mojej drużyny ( pierwszoligowy Hutnik Warszawa) Jurek Cz. -na wschodzie, w Konstantynie i Michał I.- na zachodzie w Oranie (obaj zgodnie zresztą niezadługo wyjechali do Kanady). Ja z Tlemcen do Oranu miałem raptem 150 km toteż był to główny cel moich wycieczek, tym bardziej że doborowa stawkę brydżystów zasilili dwaj czołowi gracze krakowscy: Hubert J- AZS Kraków.(też Oran) i Zbyszek F.- Wisła Kraków, który z Sidi-Bel-Abbes do Oranu miał raptem ok 100km. Grało się przesympatycznie, a Zbyszek, który zjawiał się zawsze swoim wspaniałym (choć nieco poobijanym) citroenem Cx dodatkowo okraszał brydża barwnymi opowieściami. Byłem w ubiegły weekend w Tlemcen,- zagaił kiedyś- piękne miasto tylko droga marna
Którą drogą jechałeś?- zaciekawiłem się- stara droga rzeczywiście wąska a nowa jeszcze nie gotowa
Ach, to dlatego te bezsensowne ograniczenia prędkości i zakazy- jakby coś zrozumiał- ale to nic, dało się jechać, tyle że fliki mnie złapały
No i co?
Nic, coś tam przekroczyłem a przecież jechałem jak zwykle
Znaczy 170?- wtrącił Michał- tyle przecież jeździsz
No jasne- obruszył się- jeżdżę tyle ile fabryka dała
Ale tam są ograniczenia do 30!!- uświadomiłem go
No właśnie, to dlatego flik powiedział ze przekroczyłem o 140 km/godz i nie wiedział jaką mi dać karę bo to wykraczało poza taryfikator. Zaproponowałem mu żeby mnie puścił bo za takie przekroczenie kara nie jest przewidziana
No i co utargowałeś?
Do tego stopnia zgłupiał że mnie puścił!!No to przeszedłeś do historii- Michał na to-. I posmutniał nagle
Ja to mam pecha, dodał po chwili, wiecie gdzie jest rondo Władysława?
Wiedzieliśmy
Otóż niejaki Władysław Sz wsławił się tym ze przejechał to rondo na wprost. I został uhonorowany.
To dlaczego masz pecha? - zaciekawiliśmy się?
W zeszły wtorek tez przejechałem na wprost rondo, to przy stadionie 5 lipca, i nikt mnie nie nazwał ronda moim nazwiskiem, czy chociażby imieniem, za to zapłaciłem mandat 200 dinarów!
poniedziałek, 3 października 2011
jeszcze i językach
Camel
Języka nie trzeba znać perfekcyjnie, lecz odpowiednio w stosunku do wymagań. Podczas mego rocznego pobytu w Libii spotkałem czarującą postać: Na długiej szyji osadzona była nieduża głowa, gdzie zza okularów spoglądały na świat błękitne smutne oczy. Pokaźny korpus (185) trzymał się na olbrzymich stopach- 45 nr buta. Nie dziwota iż osobnik ów otrzymał jakże zasłużoną ksywe: Camel. I stworzył on dzieło, które powinno przetrwać pokolenia- Camel lengłydż. Zasady tego języka były bardzo proste- otóż Camel używał jednego tylko czasu- bezokolicznika, lecz dla większego uproszczenia był to tzw bezokolicznik kamelowski. Np. od słowa iść- bezokolicznik był GO, ale już od „powiedzieć” był nie ”tell” lecz TOLD. Zatem fraza „ idę do domu” brzmiała „I go home”, lecz „mówię ci” to było: I told you. Problem z czasami? Żaden, bo Camel znał słowo jesterday. (nie poprawiać!) i nie w ciemie bity zauważył, że John czytamy Dżon, jest dżersej nie jersej, a więc DŻESTERDEJ!! To słówko –wytrych zamieniało w czarodziejski sposób czas. A więc „poszedłem” brzmiało: DŻESTERDEJ I go, i „powiedziałem ci” to oczywiście „DŻESTERDEJ I told you”
Czas przyszły był równie prosty- w sukurs przychodziło skromne „will” a DŻESTERDEJ oznaczało po prostu: uwaga, zmiana czasu!!. Tak więc „pójdę” to po prostu :”DŻESTERDEJ I will go” no i clou programu: powiem ci:- DŻESTERDEJ I will told you. Stronę bierną Camel tworzył równie prosto- przez dodawanie końcówki „..ed”. By nie robić sobie bełtu w głowie Camel- ignorując uparcie jakieś głupie napisy typu „made in Poland” uparcie trzymał się swojej wersji: maked.. No i co? Wszyscy, zwłaszcza Libijczycy rozumieli go znakomicie!!!
Języka nie trzeba znać perfekcyjnie, lecz odpowiednio w stosunku do wymagań. Podczas mego rocznego pobytu w Libii spotkałem czarującą postać: Na długiej szyji osadzona była nieduża głowa, gdzie zza okularów spoglądały na świat błękitne smutne oczy. Pokaźny korpus (185) trzymał się na olbrzymich stopach- 45 nr buta. Nie dziwota iż osobnik ów otrzymał jakże zasłużoną ksywe: Camel. I stworzył on dzieło, które powinno przetrwać pokolenia- Camel lengłydż. Zasady tego języka były bardzo proste- otóż Camel używał jednego tylko czasu- bezokolicznika, lecz dla większego uproszczenia był to tzw bezokolicznik kamelowski. Np. od słowa iść- bezokolicznik był GO, ale już od „powiedzieć” był nie ”tell” lecz TOLD. Zatem fraza „ idę do domu” brzmiała „I go home”, lecz „mówię ci” to było: I told you. Problem z czasami? Żaden, bo Camel znał słowo jesterday. (nie poprawiać!) i nie w ciemie bity zauważył, że John czytamy Dżon, jest dżersej nie jersej, a więc DŻESTERDEJ!! To słówko –wytrych zamieniało w czarodziejski sposób czas. A więc „poszedłem” brzmiało: DŻESTERDEJ I go, i „powiedziałem ci” to oczywiście „DŻESTERDEJ I told you”
Czas przyszły był równie prosty- w sukurs przychodziło skromne „will” a DŻESTERDEJ oznaczało po prostu: uwaga, zmiana czasu!!. Tak więc „pójdę” to po prostu :”DŻESTERDEJ I will go” no i clou programu: powiem ci:- DŻESTERDEJ I will told you. Stronę bierną Camel tworzył równie prosto- przez dodawanie końcówki „..ed”. By nie robić sobie bełtu w głowie Camel- ignorując uparcie jakieś głupie napisy typu „made in Poland” uparcie trzymał się swojej wersji: maked.. No i co? Wszyscy, zwłaszcza Libijczycy rozumieli go znakomicie!!!
czwartek, 29 września 2011
conieco o językach
Broniarek
Skora mówimy o podróżach, nieodłącznym warunkiem udanej podróży jest (niestety nie dla wszystkich) znajomość jakiegoś tam języka obcego. Wpadła mi w ręce kiedyś książka Broniarka o tym jak nauczył się 8 języków obcych.
Znajomość języków bardzo mnie pociągała. Znam nieźle angielski i francuski, 2 nieużywane (acz ongiś nieźle przyswojone)- rosyjski i niemiecki- leżą i ulegają degeneracji, hiszpański rozwija się szybko i dynamicznie, arabski praktyczny na tyle że w krajach Maghrebu posługuję się nim ze zręcznością małpy . Pomyślałem sobie, że dobrze by pójść w ślady Mistrza Broniarka. Niestety nie zrealizowałem tego szczytnego celu po trosze przez lenistwo, po trosze przez ograniczenia umysłowe- czyli wrodzoną tępotę. Ale zapamiętałem mi.in. test Broniarka na sprawdzenie znajomości języka. Wszyscy możemy się teraz sprawdzić. Oto ów test: jak powiesz „GDZIE BYŁES”
Sprawdziłem to natychmiast na koledze z pracy, który chwalił się znajomością angielskiego i dużymi sukcesami na tym polu za granicą. Odpowiedź była wstrząsająca: where are you was???!!!
To uświadomiło mi że języka nie trzeba znać perfekcyjnie.
Języka nie trzeba znać perfekcyjnie, lecz odpowiednio w stosunku do wymagań. Mój wuj, wieloletni korespondent Interpress w jednym z większych europejskich krajów opowiadał jak przysłano nowego ambasadora. Oczywiście z nomenklatury (młodzieży nie pamiętającej tamtych czasów podpowiadam: z nominacji, nie kwalifikacji). Na przyjęciu podczas zdawkowej wymiany uprzejmości how do you do- how do you do, nasz bohater zauważył skromnie stojącego dyplomatę – o zgrozo- bez żony. Czy aby nie chora- zaniepokoił się. Podszedł. How do you do – how do you do- and …tu odrobina wahania… how do you do your wife??! Dyplomata wyprostował się
dumnie I odrzekł: sorry, but it’s not your bloody business!
Skora mówimy o podróżach, nieodłącznym warunkiem udanej podróży jest (niestety nie dla wszystkich) znajomość jakiegoś tam języka obcego. Wpadła mi w ręce kiedyś książka Broniarka o tym jak nauczył się 8 języków obcych.
Znajomość języków bardzo mnie pociągała. Znam nieźle angielski i francuski, 2 nieużywane (acz ongiś nieźle przyswojone)- rosyjski i niemiecki- leżą i ulegają degeneracji, hiszpański rozwija się szybko i dynamicznie, arabski praktyczny na tyle że w krajach Maghrebu posługuję się nim ze zręcznością małpy . Pomyślałem sobie, że dobrze by pójść w ślady Mistrza Broniarka. Niestety nie zrealizowałem tego szczytnego celu po trosze przez lenistwo, po trosze przez ograniczenia umysłowe- czyli wrodzoną tępotę. Ale zapamiętałem mi.in. test Broniarka na sprawdzenie znajomości języka. Wszyscy możemy się teraz sprawdzić. Oto ów test: jak powiesz „GDZIE BYŁES”
Sprawdziłem to natychmiast na koledze z pracy, który chwalił się znajomością angielskiego i dużymi sukcesami na tym polu za granicą. Odpowiedź była wstrząsająca: where are you was???!!!
To uświadomiło mi że języka nie trzeba znać perfekcyjnie.
Języka nie trzeba znać perfekcyjnie, lecz odpowiednio w stosunku do wymagań. Mój wuj, wieloletni korespondent Interpress w jednym z większych europejskich krajów opowiadał jak przysłano nowego ambasadora. Oczywiście z nomenklatury (młodzieży nie pamiętającej tamtych czasów podpowiadam: z nominacji, nie kwalifikacji). Na przyjęciu podczas zdawkowej wymiany uprzejmości how do you do- how do you do, nasz bohater zauważył skromnie stojącego dyplomatę – o zgrozo- bez żony. Czy aby nie chora- zaniepokoił się. Podszedł. How do you do – how do you do- and …tu odrobina wahania… how do you do your wife??! Dyplomata wyprostował się
dumnie I odrzekł: sorry, but it’s not your bloody business!
niedziela, 25 września 2011
jeszcze o wycieczkach
Wycieczka, o której chciałem wspomnieć była nadprogramowa. Doświadczenia z Polski każą nam olewać, jeśli nie uciekać od ulicznych i plażowych firm „krzak”- akwizytorów naciągających turystów, z reguły oszustów. Tutaj- nic takiego! Wszyscy wszystkich znają i taki „przedsiębiorca” po pierwszej wpadce miałby od razu przerąbane. A że jest firmą jednoosobową- musi dbać o swój wizerunek i o koszty. I takim niezwykle obrotnym przedsiębiorcą był Majid. Grasował na naszej plaży, każdym języku znał kilka-naście słów i dawał sobie wspaniale radę. U niego to zakontraktowałem wyjazd na pustynię na wielbłądy. Trzy razy taniej niż u rezydenta i dwa razy taniej niż na mieście. Rankiem Majid podjechał taksówką po nas by zawieźć (za mało nas było wy wynajmować autobusik, tak samo zresztą nas odwiózł) na miejscy zbiórki. W programie była jazda na wielbłądach, koniach lub- gdy kto nie chce- koczobryczkiem. Większość chciała. Ja z Ewą usiedliśmy na jednym wielbłądzie i to był błąd, siodło jednoosobowe było tak przeraźliwie twarde, z tyłu „miękkie” już się skończyło, że poobijałem i poobcierałem się zdrowo. Nazajutrz w morzu poczułem pieczenie, bąble schodziły mi do końca pobytu, pozostała kąpiel tylko w słodkowodnym basenie. Kulminacyjnym punktem programu, jeśli nie liczyć karmienia wielbłądów, było pieczenie chleba w wydrążonym pniu drzewa. Placek czyli „hobza” ma inny smak niż nasze pieczywo i warto będąc w tym regionie nawet w piekarni poprosić o hobzę!
A lunch na pustyni- smażona ryba z hobzą- coś wspaniałego. Było, a jakże, zwiedzanie autentycznych domostw arabskich i bliski kontakt z tubylcami. Nie było wina, którym to się zachwycali nasi współtowarzysze z Polski, na „cepeliadzie”, ale czysta woda ze studni (bez obawy, nie było ameby ani coli).
Najprostszym jednako sposobem komunikacji są ogólnodostępne taksówki- albo osobowe combi- zazwyczaj peugeoty 504 gdzie wchodzi 3 rzędy siedzeń a osób do 10, albo mikrobusiki- tanie i funkcjonalne. Podróżować można tanio i bezpiecznie- czułem się tam bezpieczniej niż w kolejce podmiejskiej do Tłuszcza. Busiki docierają wszędzie, toteż można bezstresowo przemieszczać się. A miejsc godnych zwiedzenia jest sporo, choćby:
Bizerta
Reprezentacyjna promenada nie zwiastuje niczego szczególnego, ot- pomyśleć by można- jeszcze jeden nadmorski kurort. Ale starczy skręcić w bok i trafiamy w inny świat. Przepiękna kazba otoczona murem warownym, stary meczet, plątanina wąskich- na szerokość objuczonego osła- uliczek. Jest też mały fort w którym obecnie jest muzeum etnograficzne. Stara nazwa Bizerty- Hippo przypomina siostrzane miasto wschodniej Algierii- Hippon, przekształcony przez wieki we francuską „Bone” a następnie w Annabę. Skoro jesteśmy niedaleko Tunisu po obowiązkowym zwiedzeniu Kartaginy (Cartage ) nie zapomnijmy wpaść do Sidi- Bou Said- rybackiego miasteczka przypominającego kolorystyką Santorini. Zadziwia spokój panujący w mieście, pomimo, że miasteczko leży w zasadzie na przedmieściach Tunisu
Tabarka zaś oferuje atrakcje dla miłośników nurkowania i fotografii. Nie trzeba jechać do Egiptu na Marsa Alam czy Giftun, aby zobaczyć podwodny świat. Klifowe wybrzeże jest też niewyczerpanym tematem pięknych fotografii, a przepięknie podświetlony port genueński to niezapomniany widok.
A lunch na pustyni- smażona ryba z hobzą- coś wspaniałego. Było, a jakże, zwiedzanie autentycznych domostw arabskich i bliski kontakt z tubylcami. Nie było wina, którym to się zachwycali nasi współtowarzysze z Polski, na „cepeliadzie”, ale czysta woda ze studni (bez obawy, nie było ameby ani coli).
Najprostszym jednako sposobem komunikacji są ogólnodostępne taksówki- albo osobowe combi- zazwyczaj peugeoty 504 gdzie wchodzi 3 rzędy siedzeń a osób do 10, albo mikrobusiki- tanie i funkcjonalne. Podróżować można tanio i bezpiecznie- czułem się tam bezpieczniej niż w kolejce podmiejskiej do Tłuszcza. Busiki docierają wszędzie, toteż można bezstresowo przemieszczać się. A miejsc godnych zwiedzenia jest sporo, choćby:
Bizerta
Reprezentacyjna promenada nie zwiastuje niczego szczególnego, ot- pomyśleć by można- jeszcze jeden nadmorski kurort. Ale starczy skręcić w bok i trafiamy w inny świat. Przepiękna kazba otoczona murem warownym, stary meczet, plątanina wąskich- na szerokość objuczonego osła- uliczek. Jest też mały fort w którym obecnie jest muzeum etnograficzne. Stara nazwa Bizerty- Hippo przypomina siostrzane miasto wschodniej Algierii- Hippon, przekształcony przez wieki we francuską „Bone” a następnie w Annabę. Skoro jesteśmy niedaleko Tunisu po obowiązkowym zwiedzeniu Kartaginy (Cartage ) nie zapomnijmy wpaść do Sidi- Bou Said- rybackiego miasteczka przypominającego kolorystyką Santorini. Zadziwia spokój panujący w mieście, pomimo, że miasteczko leży w zasadzie na przedmieściach Tunisu
Tabarka zaś oferuje atrakcje dla miłośników nurkowania i fotografii. Nie trzeba jechać do Egiptu na Marsa Alam czy Giftun, aby zobaczyć podwodny świat. Klifowe wybrzeże jest też niewyczerpanym tematem pięknych fotografii, a przepięknie podświetlony port genueński to niezapomniany widok.
czwartek, 22 września 2011
Tunezyjskie wycieczki
Wycieczki:
Wycieczki w Tunezji można robić we wszelaki dowolny sposób. Niby wszyscy wiedzą ale pokrótce przypomnę. Po pierwsze i najłatwiejsze- załatwić w naszym biurze u rezydenta (dodatkowy aspekt- bardzo popularna blokada językowa). Z reguły z tej oferty nie korzystamy. Po drugie- znaleźć na mieście lokalne biuro- jest tam (w zależności od negocjacji) nawet do 30% taniej, więc jeśli kto nie ma zbytniej bariery językowej- opcja godna polecenia. Jeśli chcemy być niezależni od biur – mamy możliwość pojechania samemu korzystając z– 1-transportu publicznego (autobusy, pociągi), 2-półprywatnego (taksówki), 3- prywatnego (wynajem samochodu).
.Jeśli samotność się stanie siostrą nudy i łez,
należy rozwiązać pytanie: żona przecinek czy pies?
Wiele jest różnic między.. Wiele przeciw i za...
Na przykład: pies nie ma pieniędzy, lecz łatwiej pozbyć się psa.
Otóż to: Wiele jest różnic między.. wiele przeciw i za, i nie można narzucać nikomu co ma robić- widziałem już na różnych forach naigrawania się z ludzi mających odmienne punkty widzenia. Pośród wielu wycieczek z orga.. lub niezorganizowanych, samotnych i towarzyskich, wybrałem dwie.
Pierwsza kiełkowała w nas od przyjazdu: wynajęcie taksówki na cały dzień i objazd okolicy wg wybranej trasy. Decyzja dojrzała gdy poznaliśmy sympatyczną parę młodych ludzi. Czwórka to optymalnie by zapełnić taksówkę: wygodnie lecz nie tłoczno, w dwóch, nie trzech rzędach siedzeń. Ceny, jak już wiemy dobrze to: 130 dirhamów jeśli taksówka uprzednio zakontraktowana (przez choćby recepcjonistę) podjedzie po hotel, 100 jeśli pofatygujesz się na postój i tam sobie przygadasz, ale cena super negocjowana jest na postoju wynajmu taksówek (louage de taxi). Dlaczego tam?- przychodzi koza nie do woza lecz 100 wozów , które o nią walczą. No i po krótkich negocjacjach zakontraktowałem kierowcę i przewodnika w jednej osobie, który na cały dzień zgodził się pojechać za 70zł.
Trasa też nienajgorsza- Sousse- Kairuan- El Jem- Mahdia- Monastyr-El Kantaoui. Oszczędzę ględzenia na temat największego meczetu w Kairuanie, największego Koloseum w Afryce – El Jem, czy reprezentacyjnego Monastyru z mauzoleum Burghiby, bo tam i tak pewno wszyscy pojadą. Zachęcałbym natomiast do spędzenia kilku chwil w Mahdii- uroczym starym miasteczku, gdzie można zrobić zdjęcia miasta i okolicy z wieży widokowej, gdzie przepięknie zachowane jest Stare Miasto, gdzie obok cytadeli z armatami jest śliczny cmentarz. Nie ma tam zgiełku i turystycznego tłoku, jest relaks, spokój i piękne widoki.
poniedziałek, 19 września 2011
tunezja - doznania kulinarne
Pierwsza „wycieczka” do Sousse, obejrzeliśmy miasto by z grubsza zorientować się co gdzie, poszliśmy na stare miasto (Medina) - i przyszedł czas coś zjeść. Posadziłem Ewę na dużym placu przy fontannie i kazałem czekać, a sam udałem się na poszukiwanie restauracyjki arabskiej. Zapuściłem się w zakamarki gdzie biały człowiek się nie odważyłby nigdy, i znalazłem malutką knajpkę na 3 stoliki. Przepytałem właściciela (kucharz, i kelner w jednej osobie) co do menu, miał oczywiście to co najważniejsze: burki i siorbę. „Zamówiłem” stolik i wracam na plac, Ewa jak przykuta do fontanny, gdybym nie wrócił-czekałaby chyba do dziś. Oberżysta jak nas tylko zobaczył- zaprowadził do stolika i szarmanckim ruchem zmienił obrus tzn. przewrócił papierową płachtę na drugą stronę. Odwrócił się i kurcgalopkiem wybiegł, powrócił niebawem i w rękach trzymał dwie serwetki! Serwetki miejscowym nie były niechybnie potrzebne, na wejściu bowiem był wspaniały żeliwny zlew nad którym wisiał ociekający jeszcze ręczniczek. Zlew, jak się domyślam, służył nie tylko do umycia rąk przed/po posiłku lecz również do obowiązkowych ablucji przed modlitwą. Zamówiłem siorbę- wspaniałą ostro przyprawioną zupę, a drobnymi kluseczkami i do tego harissę do smaku. Clou programu jednak to były burki (zbieżność swojsko brzmiącej nazwy „burek” do ”brick” nieprzypadkowa). Bierzemy otóż specjalne ciasto rozwałkowane na naleśnik (tzw ”feuilles de brick” są do nabycia w sklepach). Na ziemniaczki puree wsypujemy pietruszkę, mielone mięsko, cebulkę i na koniec w dołek wbijamy jajko. Składamy w kształt cegły(!) i na wrzący olej! Pychota!!Do popicia mieliśmy butelkowaną wodę evian po którą chłopina pobiegł do pobliskiego sklepiku. Gdy skończyliśmy- zastygł w oczekiwaniu werdyktu, czy aby nam smakowało, ale uśmiechnięta mina Ewy i moje: „kłejs ketir”, oraz vachement mleh- wprawiły go nieomal w ekstazę. Ewę też, gdyż zeznała, że takiego żarcia nie jadła jeszcze. Tak przyrządzonych, w oryginalnego przepisu, burków nie jedliśmy już potem. Gdy próbowaliśmy tegoż przysmaku w bardziej „cywilizowanych” okolicach- to już było nie to.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















